[ Strona główna ]

RACJE

Numer 17

CZERWIEC 2025


Danuta Szulczyńska-Miłosz

CZY KOBIETY NIE LUBIĄ KOBIET ...I DLACZEGO?




Na początek krótka anegdota-zagadka:

Pięć kobiet spotkało się w kawiarni. Kiedy po godzinie pierwsza opuściła spotkanie, pozostałe cztery natychmiast zaczęły ją obgadywanie, kiedy wyszła druga, pozostałe trzy i o tej wyrażały się niepochlebnie, wyciągając jej sekrety na światło dzienne. Po upływie kilku godzin żadna z trzech pozostałych kobiet nie podniosła się z miejsca, siedziały tam aż do zamknięcia lokalu, choć każdej z nich spieszyło się przecież do domu. W końcu wyszły jednocześnie i szybko poszły każda w inną stronę. Dlaczego?


Jak to więc z nami jest? Przyjaźnimy się? Oczywiście, że tak. Lubimy? Często nawet bardzo. Szanujemy? Na pewno się zdarza. Tylko czy… to wszystko jest szczere? Skrzywdziłabym wiele kobiet, mówiąc, że nie, bo z pewnością istnieją całkowicie szczere, oddane, sprawdzone kobiece przyjaźnie, ale nie mogę udawać, że granie dobrych relacji, gdy uczucia są skrajnie odmienne, nie sprawia nam żadnych problemów.


Kobiety, przynajmniej z pozoru, powinny tworzyć siostrzeństwo – wspólnotę empatii, zrozumienia i wzajemnego wsparcia. Przecież przez wieki były tłamszone, pozbawione praw, sprzedawane przez własnych ojców jak niewolnice, najczęściej ich rola ograniczała się jedynie do prac domowo-polowych i rodzenia dzieci. Choćby z tych powodów powinny trzymać się razem i stawiać opór męskiemu światu, który zdominował je na bardzo długi czas – przecież oczywistym jest fakt, że nic tak skutecznie nie jednoczy jak wspólne poczucie nieszczęścia, nic nie daje większej siły niż nienawiść do wspólnego wroga. Jednak wypracowanie poczucia solidarności wśród kobiet jest dla nich o wiele trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. I wcale nie ma w tym ich winy, bowiem wpływ na to mają dwie zasadnicze grupy czynników: ewolucyjnych i kulturowych.


Kobiety od zawsze współzawodniczyły o najlepszych partnerów – im lepszy (zdrowszy, silniejszy) partner, tym lepsze narodzi się ze związku potomstwo. Najczęściej jest to zupełnie bezwiedne działanie będące pewnie echem życia w jaskini, którego żadna ze stron nie jest świadoma, ale bywa, że jest to także zaplanowana akcja mająca na celu zdobycie godnego partnera – nie tylko do celów prokreacyjnych, ale również po to, by zapewnił on bezpieczny byt rodzinie. I nawet jeśli kobiety otwarcie mówią, że partner nie musi być idealny, że nie musi być piękny, sprawny i odważny, podświadomość swoje wie. A wie, że im „lepszy”, tym większe szanse na podobne mu potomstwo. Zatem rywalizacja w grupie kobiet w okresie przedmenopauzalnym była, jest i będzie. Z naturą się nie wygra. Ani nawet nie podyskutuje.


Prokreacja to jedno, życie to drugie. Obecnie kobiety pracują zawodowo i często same mogą zapewnić sobie utrzymanie. Wg danych BEAL1 w grupie wiekowej 15–89 lat w drugim kwartale 2024 roku zawodowo pracowało 51,5% kobiet. To całkiem sporo, zważywszy, że odsetek pracujących mężczyzn to 65,5% (pamiętajmy, że mężczyźni mają określony wyższy wiek emerytalny, znacznie rzadziej biorą urlopy wychowawcze i incydentalnie rezygnują z pracy, by przejąć opiekę nad dziećmi). Niemniej potrzeba posiadania partnera utknęła w kobietach na dobre i wcale nie wynika to z faktu, że bez niego sobie nie poradzą. Bo radzą sobie świetnie, i to często w sytuacjach, gdzie samotny mężczyzna nie udźwignąłby trosk, którym stawia czoła kobieta.


Źródłem problemu są czynniki kulturowe, które sprawiły, że kobiety samotne czują się gorsze. Dotyczy to każdej grupy wiekowej, nie tylko kobiet w wieku rozrodczym, bowiem małżeństwo i rodzina jako wzorzec, który funkcjonuje jako jedynie słuszny i który ochoczo wspierany jest przez Kościół, buduje w kobietach strach przed życiem w pojedynkę. Tylko dlaczego? Przecież takie życie nie musi być gorsze, nie musi być samotnością - może być wolnością. W dodatku, będąc w związku, musimy przez lata stawiać czoła lękowi, który do wspólnego życia wprowadza kłótnie, pretensje i frustracje. Podstawowe jego imię to: „zdrada”.


Kobiety boją się, że mąż odejdzie do innej, najczęściej młodszej i ładniejszej, wybranki. A odejście jest jak potwarz, jak hańba, jak przekreślenie wszystkiego, co razem osiągnęli, ale i tego, co ona dla niego robiła. Prowadziła dom, do którego on wracał po pracy, wychowywała dzieci, które stały się wspólną dumą. Zapewniam, że w pewnych środowiskach taki układ nadal jest obowiązujący… I jak się ma wówczas czuć porzucona kobieta, która – kosztem własnego rozwoju – robiła, co w jej mocy, by rozwijać mógł się mąż (bo w przeciwnym wypadku się rozpije), by był zadowolony (bo inaczej może być agresywny)? Jak niepotrzebny sprzęt, wykorzystany i odstawiony do graciarni. I kobieta to wie. Jeśli małżeństwo funkcjonuje na innych, bardziej partnerskich zasadach, ból w takiej sytuacji jest inny, ale równie – o ile nie bardziej – dojmujący, bo zdradził nie pan i władca, lecz przyjaciel.


W obu przypadkach kobieta wie, że zagrożenie o nazwie „zdrada” istnieje, więc podejmuje środki zaradcze. Każdą potencjalną rywalkę należy odpowiednio zohydzić – nie tylko w oczach partnera, ale i w oczach innych kobiet – utworzyć wspólny front nienawiści i liczyć na to, że rozniesione plotki poskutkują „osiedlowym ostracyzmem”. Ale bywa, że to nie działa. Partner wyraża się o atrakcyjnej sąsiadce jak o „siódmym cudzie świata, nie bacząc na uczucia żony i szuka pretekstów do „przypadkowego” spotkania. Co robić? Jak się ratować? Można w sposób bezpośredni i bez owijania w bawełnę zwrócić się do „seksownego czynnika destabilizującego” i wyjaśnić w sposób delikatny lub nie, że sobie tego nie życzymy. Bywa, że to pomoże, ale spokoju nie uzyskasz. Raz zasiane ziarno niepewności rośnie i każe czujnie patrzeć na męża, a na inne kobiety, wrogo. Jeśli jednak dojdzie do tego, że mąż i tak zdradził, kobieta zwykle wybacza – jeśli to jednorazowe. Jeśli wielorazowe, ale poparte deklaracją, że już nigdy, przenigdy to się nie powtórzy, bywa, że też. Najgorzej, gdy mówi, że kocha inną – cios prosto w serce. Odchodzi bliski człowiek, w domu nieznośnie pusto i cicho, brakuje nawet obowiązków związanych z jego obecnością. Ale porzucona kobieta rozpacza z jeszcze jednego powodu. Ona wie (lub przeczuwa), że samotna kobieta w naszym obszarze kulturowym (ze szczególnym wskazaniem na wsie i miasteczka) jest żałosna i godna litości, często okraszonej złośliwością: „To ta, co nie umiała faceta przy sobie zatrzymać”, „To ta, co mąż ją dla innej zostawił” lub „To ta, co jest starą panną, bo nikt jej nie chciał”. Bywa, że i ksiądz potępi ją za to, że nie uszczęśliwiła męża, czym zmusiła go do rozbicia małżeństwa, że popełniła wielki grzech, popychając go do zdrady…


W przedstawionych powyżej sytuacjach również kobieta może zadecydować o rozstaniu, nie chcąc sobie fundować życia z kimś, kto ją rani. Ale czy ktoś w to uwierzy? Mało kto. A już na pewno, poza pewnymi wyjątkami, nie uwierzą w to inne kobiety. Nie uwierzy nawet własna matka, a już tym bardziej jego matka, bo przecież ona syna dobrze wychowała, tylko na złą kobietę trafił, i ona od początku to wiedziała. Pewne jest, że niewiara w taki właśnie wybór kobiety wynika z tego, że w powszechnym przekonaniu kobiecym marzeniem i życiowym celem jest być żoną, matką, kochanką i gospodynią domową w jednym, i w takim duchu wciąż wychowuje się dziewczynki. Rozwijają się więc przekonane, że muszą „zdobyć męża” i eliminować konkurentki przez całe swoje życie, bowiem partner raz zdobyty wcale nie musi trwać u boku po wsze czasy. Jak więc mamy ze sobą nie rywalizować? Jak mamy się lubić, skoro taki a nie inny przeznaczono nam los? Nie raz, nie dwa zdarzało mi się słyszeć, że kobieta wolałaby śmierć partnera niż jego zdradę. Zdrada jest wykładnikiem życiowej klęski, przegranej w walce, którą toczyła od dnia ślubu, +świadectwem bycia lub stawania się, nieatrakcyjną.


A co w przypadku kobiet, które nie wpisują się w ten model? Kobiety wyzwolone, kobiety, które świadomie wybrały karierę zawodową, samorozwój i wolność zamiast życia w związku? Dlaczego i one zwalczają przedstawicielki własnej płci? Tutaj przecież nie ma miejsca na lęki i zagrożenia, o których pisałam wcześniej. Czyżby? Nic bardziej mylnego. Zawsze się coś znajdzie się.


Władza, kariera, osiągnięcia zbyt długo były domeną mężczyzn, by kobieta na stanowisku miała nie czuć się zagrożona; zbyt długo mówiono nam, że jesteśmy słabsze, gorsze, zbyt emocjonalne, by sprawować odpowiedzialne, czyli męskie, funkcje, by teraz nie bać się, że znajdzie się inna, która wykaże się lepszym przystosowaniem do tych „wyjątkowych” zadań. Najbezpieczniej jest więc robić wszystko, by żadna inna nie poczuła się lepsza, a już na pewno robić więcej niż wszystko, aby inni (czytaj: mężczyźni) jej przypadkiem nie docenili. Trudnością, na którą trudno mieć wpływ, jest jednak fizyczna atrakcyjność rywalki, która często przyćmiewa brak kompetencji. Tutaj możliwy jest tylko sabotaż, czyli rozsiewanie fałszywych informacji na temat owej kobiety przy jednoczesnym zaprzyjaźnianiu się z nią w celu wyciągnięcia od niej osobistych sekretów. Jednak istnieją też zakłady pracy, gdzie cała kadra kierownicza jest żeńska, a – mimo to – rywalizacja istnieje; zauważalne są też antypatie i wrogość. Można byłoby powiedzieć, że wynika to ze zwykłej różnicy charakterów, bo częściowo na pewno tak jest, ale nie tylko. Jak już wspomniałam, kobiety starają się wykazać swoje zaangażowanie, wyjątkowość i siłę, bo tego od nich oczekuje otoczenie. Kobiety, odkąd zapragnęły swojej niezależności, wciąż mierzą się z opiniowaniem na ich temat, wciąż muszą udowadniać, że dają sobie radę. Tutaj mamy do czynienia z innym lękiem, ale o tym samym podłożu. Imię jego to: „porzucenie”. Porzucenie przez firmę, przez znajomych i przyjaciół skupionych wokół niej, aż wreszcie porzucenie własne ego, które mówi: „Jesteś beznadziejna. I sama”.


Kobiety wciąż są stawiane w opozycji do innych kobiet – piękna kontra mądra, żona kontra kochanka, matka kontra karierowiczka. Środowisko, w którym żyjemy nieustannie wyznacza nam kolejne podziały, które zmieniają swoją rangę zależnie od okoliczności, nastrojów społecznych, mody czy jakichkolwiek innych potrzeb, i na wszystkich tych płaszczyznach wymuszana jest rywalizacja i dowodzenie swoich racji. Nie tylko grupowo, ale i indywidualnie. Ten lęk, który funduje nam społeczeństwo,często jest niewidoczny, rzadko omawiany, ale istnieje, nawet gdy nie do końca potrafimy go nazwać. A imię jego to: „przegrana”. W strachu przed popadnięciem w stan wzmożonej nerwowości, w stan złości i smutku, w zmęczenie, które skutkuje odtrąceniem dzieci, depresją i wycofaniem, robimy wszystko, by wykazać, że zasługujemy, by mówiono o nas dobrze, i że jesteśmy lepsze. Że ja jestem lepsza od niej, bo ta „lepszość” to również odpoczynek, to możliwość delegowania zadań i chwila oddechu. To rozdawanie uśmiechów po komplementach i poczucie bycia wartościową. Niespełnienie tych wyśrubowanych oczekiwań wobec siebie często prowadzi do emocjonalnej katastrofy, zwłaszcza że po drodze wycięło się wszystkie koleżanki jako potencjalne konkurentki. Jeśli więc kobiecie udaje się dowieść słuszności swoich argumentów, wygrać, awansować i okazać się lepszą w tak zwanym porównaniu (choć nie wiadomo z kim, bo wzór idealny, do którego ona dąży, wciąż ewoluuje i się zmienia, podobnie jak same podziały), to cieszyć się z sukcesu nie ma już z kim.


To nie tylko nasz układ chromosomów XX zaważył na tym, że pod kobiecą łagodnością czai się agresja. Ewolucja swoje prawa ma, ale rywalizację we współczesnej wersji wykształciło w nas środowisko społeczne. I powiem coś jeszcze: małe są szanse na to, by szybko to się zmieniło, choć nadziei upatruję w jednym. W samoakceptacji. Na plotkujące baby czy wredną szefową rady nie ma, ale im szybciej przestaniemy przejmować się tym, co musimy w życiu robić, bo „tak trzeba” czy „wypada”, tym łatwiej zaczniemy się lubić. Na tytułowe pytanie „czy kobiety nie lubią kobiet?” odpowiedź brzmi: TAK. Nie lubimy się, bo musimy. Bo tego się od nas oczekuje… 😉


Na zakończenie krótka relacja z przypadkowego spotkania sprzed kilku dni. Nieznajomej, smutnej kobiecie, mniej więcej w moim wieku, obok której stałam w kolejce do sklepowej kasy, powiedziałam, że ma pięknie pachnące perfumy. Błąd. Pani się roześmiała i powiedziała, że na pewno nie powie mi, jak się nazywają. Wniosek: bycie bezinteresownie miłą w stosunku do obcych kobiet wiąże się z niemałym ryzykiem: prysł dobry nastroju i poczułam się gorszą – wszak ja takich perfum nie miałam. Potem pomyślałam, że przeprowadzę eksperyment. Ten sam komplement powiedziałam koleżance, odrobinę ode mnie starszej. Oto odpowiedź: „Dziękuję. Nie myślałam, że jeszcze pachną…”. Gdy spytałam, jak się nazywają, zatroskana powiedziała, że nie pamięta. Na koniec pochwaliłam perfumy dziewczyny na oko dziewiętnasto- lub dwudziestoletniej. Prócz szerokiego uśmiechu dostałam nazwę perfum i link do perfumerii, gdzie mogę je kupić najtaniej. W sumie fajnie nie być dla kogoś zagrożeniem, choć smutno się robi, gdy zrozumiemy tego powód. Czy niechęć koleżanki powinna mnie zatem cieszyć? Czy wrogość obcej kobiety była przekazem, że widzi we mnie rywalkę, co powinno wzmocnić moją samoocenę? Sama nie wiem. Ogólnie nie podoba mi się ten mechanizm, choć go rozumiem. Przecież jestem kobietą!



1BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) to reprezentacyjne, kwartalne badanie prowadzone przez Główny Urząd Statystyczny od maja 1992 roku. Obejmuje osoby powyżej 15. roku życia, wybrane losowo z gospodarstw domowych.





Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"